PiotrEla – Blog poświęcony turystyce motocyklowej Opisy wypraw motocyklowych i nie tylko
PiotrEla – Blog poświęcony turystyce motocyklowej
28paź/130

Tatarska jurta – Kruszyniany 10.2013

Tatarska Jurta KRUSZYNIANY
(Dżennety Bogdanowicz)

Ponieważ pogoda w dalszym ciągu, jak na tę porę roku, jest dobra, postanowiłem nadal pozostać przy kierunku wschodnim i tym razem udałem się do niewielkiej wsi Kruszyniany. Wieś jest położona przy granicy z Białorusią (ok. 3km) i jest oddalona od Białegostoku o mniej więcej 50 kilometrów.

Tym razem pojadę w sobotę i nie jakimś bladym świtem, tylko parę minut przed godziną 10-tą a dzięki temu zabiegowi pozwalam obeschnąć nawierzchniom dróg - mokrych po nocy. Temperatura jest całkiem znośna bo nieco przekracza 10 stopni. Na niebie trochę chmur, ale słoneczko przebija się przez nie bez problemów. Tak więc, nic tylko jechać! Samo miejsce jest już mi znane z poprzedniej wizyty, kiedy to razem z Elą przemierzyliśmy cały tatarski szlak a był to rok 2009. Wtedy jednak nie odwiedziliśmy Jurty i dopiero w tym roku docieram do niej aby skosztować specjałów tamtejszej kuchni oferowanych przez panią Dżennetę, właścicielkę tego obiektu.
To tyle tego nieco przydługiego wstępu i pora przejść do meritum sprawy. Jak już nadmieniłem, wyruszam przed 10-tą i kieruję się do drogi nr 50, którą to pomknę w stronę Ostrowi Mazowieckiej. Jedzie się całkiem całkiem, ruch taki sobie a pogoda w sam raz. Docieram do Ostrowi w której wypadnę na drogę nr 8 prowadzącą do Białegostoku, na której dla odmiany ruch jest całkiem spory. Po minięciu Ostrowi, pogoda nieco się psuje, niebo powoli zasnuwa się chmurami aby po chwili zasłonić całkowicie słońce, ale póki co deszcz się nie pojawia a droga nadal jest sucha. Gdzieś za Zambrowem widzę jak na środku jezdni leży całkiem spory przedmiot, wielkości skrzynki na owoce. Hamuję więc, zostawiam moto na poboczu i cofam się aby usunąć z jezdni tą zawalidrogę. Czekam na moment aż nic nie będzie jechało, i w końcu nadjeżdża duży ciągnik, którego kierowca widząc co zamierzam, zatrzymuje się i blokuje cały pas a ja spokojnie wyrzucam do rowu ten przedmiot, a jest to jakaś konstrukcja wykonana z tworzywa sztucznego. Po tym niespodziewanym przerywniku jadę dalej, dojeżdżam do Białegostoku, po minięciu którego nawierzchnia drogi staje się mokra, choć deszcz nie pada. Docieram do Supraśla i rozglądam sięga stacją benzynową żeby zatankować paliwo. I tu pojawia się problem, bo stacja jest ale świeżo zbudowana i jeszcze nie uruchomiona a innej nie ma! Zasięgam więc języka i jak się okazuje w kierunku w którym jadę stacji już nie będzie. Na usta cisną się słowa ogólnie uznane za obraźliwe, ale nie ma rady, w tył zwrot i jadę z powrotem do Białegostoku. Ten manewr to około 40 minut w plecy i dodatkowe kilometry. Po tej „karnej rundzie” docieram do Krynek z których już tylko 10 kilometrów do celu podróży.

Kilka słów o samych Kruszynianach. Wieś została założona w XVI w, a w marcu 1679 roku Jan III Sobieski nadał tą wieś ( jak i kilka innych) tatarom, którzy walczyli po stronie Polski w wojnie z Turkami. Tu także osiadł płk. Samuel Murza Krzeczowski, który to uratował życie królowi w bitwie pod Parkanami. Z kilkudziesięciu rodzin tatarskich jakie początkowo były tu osiedlone, w tej chwili ok. 33 osoby są wyznania muzułmańskiego. W wiosce znajduje się meczet ( kolejny jest w nieodległych Bohonikach) oraz stary cmentarz muzułmański tzw. mizar. Więcej informacji na temat tatarów możecie znaleźć między innymi na stronie: http://www.kruszyniany.com.pl/ .

W końcu jestem, parkuję moto na parkingu i udaję się na degustację. W środku sporo ludzi, sala wypełniona tak w 2/3-cich ale miejsca jeszcze są. Siadam i studiuję menu, do wyboru sporo dań a ja decyduję się na kołduny tatarskie z rosołem a na popitkę herbatę (wszelkie informacje o tym miejscu znajdziecie na stronie: http://www.kruszyniany.pl/index.html ). Jedzonko jest super, a ja zaspokoiwszy głód udaję się na krótką wędrówkę po okolicy. Po wyjściu zaczyna padać deszcz, na szczęście niezbyt gwałtowny i długi, bo ustaje mniej więcej po kilkunastu minutach. W międzyczasie, uwieczniam na zdjęciach jurtę i podjeżdżam ok. 300 metrów do meczetu. Ponieważ w środku już byłem, więc tym razem ograniczam się do zewnętrznych oględzin, a zdjęcia ze środka zaprezentuję z poprzedniej wizyty w tym obiekcie.

Po nieco ponad godzinie, wyruszam w drogę powrotną do domu. Wracam tą samą trasą, jezdnie po deszczu są oczywiście mokre, ale póki co nie pada i takie status quo trwa aż do Białegostoku, po minięciu którego pojawia się niewielki deszcz. O dziwo ale temperatura nieco poszła w górę bo wynosi 15 stopni, podczas gdy wcześniej było stopni 13. Gdzieś przed Ostrowią przestaje padać, a niebo wyraźnie się przeciera a jezdnia jest już sucha ( wygląda na to że tutaj po prostu nie padało). Do domu docieram już po zmroku po przejechaniu nieco ponad 600 km. Ponieważ jest ciemno za mycie, nieźle ubłoconego motocykla, wezmę się następnego dnia. Polecam ten kierunek, szlak tatarski jest całkiem ciekawy i wart przejechania. Ruch na tamtejszych drogach doprawdy niewielki a okolice interesujące. Podczas jazdy spotkałem kilku motocyklistów, w sumie około 8-miu maszyn.

Pozdrawiam Piotr

24paź/130

Podlasie w październiku 2013

Jesienne śmiganie
PODLASIE mniej znane

Ta wyprawa już od dawna była zaplanowana na ten rok, ale jakoś zawsze jechałem w inne rejony, a Podlasie musiało cierpliwie czekać. Ale, co się odwlecze to nie uciecze, w końcu przyszła pora wyjazdu. Niestety, jesień to czas kiedy dzień staje się coraz krótszy, ranki i wieczory coraz chłodniejsze a i deszczu też nie brakuje. Tak więc jednym z głównych reżyserów tej wycieczki była pogoda. Sporo czasu przed spędziłem analizując prognozy pogody i w końcu: klamka zapada – jadę w środę.

Budzik dzwoni o godzinie 6:00, powoli wstaję i wyglądam przez okno: kamień z serca – nie pada. No tak deszczu nie ma ale za to mamy mgłę, choć akurat w okolicy mojego domu nie wygląda to jakoś dramatycznie. Wobec tego sprawdzam jeszcze temperaturę: nie jest źle, tego poranka mamy nieco ponad siedem stopni. Ok., pora zająć się psiakami i kotem a później samemu skonsumować jakieś śniadanie. Po jedzeniu czas na wdzianie rynsztunku, a to zajmuje nieco czasu, choć nie ubieram się bardzo ciepło to jednak zadbam o komfort termiczny swojego ciała. W końcu parę minut przed ósmą pora dosiąść motocykla i wyruszyć w drogę. Jadę w stronę trasy nr 50 którą pomknę stronę Stanisławowa i niestety po dotarciu do niej mgła mocno gęstnieje a widoczność wynosi od 100, do może w porywach 200 metrów. Taka „gęsta atmosfera” nie sprzyja dobremu tempu jazdy, tym bardziej że wilgoć zawarta w powietrzu osiada całą masą kropelek na szybie kasku, dodatkowo utrudniając widoczność. Wyprzedzanie nie należy do bezstresowych przedsięwzięć, gdy nagle z mgły wyłaniają się światła pojazdu nadjeżdżającego z przeciwka. Brr, w pewnej chwili zastanawiam się nawet czy nie wrócić do domu. Ale, postanawiam jednak jechać dalej. W Stanisławowie odbijam w prawo kierując się w stronę Węgrowa. W dalszym ciągu, cały czas tumany mgły królują na drodze i choć ten odcinek jest świeżo wyremontowany (trwają jeszcze prace przy malowaniu pasów itp.), to jednak nie da się jechać za szybko. Ruch na szczęście niewielki a kilometry , sukcesywnie przybywają na liczniku. W Sokołowie króciutki postój i hajda dalej w stronę Drohiczyna i Siemiatycz. Gdzieś w okolicach Frankopola widoczność polepsza się zdecydowanie – mgła ewidentnie idzie do góry! Nareszcie będzie można normalnie podróżować. Mijam, wcześniej wymienione miejscowości i kieruję się na drogę która prowadzi do Hajnówki, ale to miasto nie jest celem tej wyprawy. W Milejczycach zatankuję paliwo i odbiję w prawo, w stronę wsi Rogacze.

Droga początkowo asfaltowa, przechodzi w brukową aby po kilku kilometrach znowu przejść w asfaltową ( po drodze krótka sesja zdjęciowa – drzewa pysznią się pięknymi jesiennymi barwami a zza chmur od czasu do czasu wygląda słońce). Docieram na miejsce pierwszego zaplanowanego postoju, około 11-tej, a celem tej wizyty jest pochodząca z pierwszej połowy XIXw i przeniesiona z Dubin koło Hajnówki w roku 1872, cerkiew pw. Narodzenia NMP.

Tym razem, uprzedzę nieco fakty, do żadnego ze zwiedzanych obiektów nie uda mi się wejść do środka, ale z tym się liczyłem. Oglądam więc cerkiew z zewnątrz i oczywiście dokumentuję tą wizytę na zdjęciach. Na terenie przy cerkiewnym znajduje się niewielki stary cmentarz. Po kilkunastu minutach zwiedzania pora ruszyć dalej, a to dalej to miejscowość Dasze, odległa około 4 kilometry. Wybieram inną drogę, niż ta którą przyjechałem i początkowo jest ona brukowana a później powiedzmy że szutrowa, choć w miarę równa, widocznie niedawno wałowana. Tak więc „pędzę” ok. 20 – 30 km/h, ale ponieważ odległość nie jest duża to nie ma to znaczenia i po kilkunastu minutach przybywam do celu.

Czeka na mnie kolejna cerkiew św. Mikołaja, tym razem murowana i pochodząca z ok. 1870 r. Leży ona daleko za wsią, otacza ją niewielki zagajnik i cmentarz. W aparacie przybywają kolejne fotografie i po chwili pora jechać dalej. W ciągu całego dnia, będę się poruszał niewielkimi odcinkami, liczącymi od kilku do kilkunastu kilometrów. Tym razem droga prowadzi do Dubicz Cerkiewnych, ale po drodze krótka wizyta w Kleszczelach i sesja zdjęciowa w znanej już mi z wcześniejszej wizyty, pochodzącej z ok. 1870r cerkwi pw. Zaśnięcia NMP.

W końcu docieram na miejsce przeznaczenia, czyli do Dubicz Cerkiewnych i parkuję motocykl przed wybudowaną tuż po II wojnie, cerkwią pw. Opieki Matki Bożej.

Pogoda nadal sprzyja wycieczce, świeci słoneczko, jest całkiem ciepło i prawie bezwietrznie. Oglądam wyżej wzmiankowany obiekt i zbieram się do dalszej drogi, która poprowadzi mnie do Starego Kornina. Odległość nieduża, a więc na miejscu jestem po kilkunastu minutach i parkuję moto przed dwoma cerkwiami.

Starą, której budowę rozpoczęto w 1724 roku, pw. św. Michała Archanioła, oraz nowszą wybudowaną w roku 1892 pw. Św. Anny ( http://www.starykornin.cerkiew.pl/index.html ). Jak i pozostałe, tak i te są oczywiście zamknięte, pozostaje mi więc nacieszyć się ich widokiem z zewnątrz i udokumentować to na zdjęciach. Zwiedzanie zajmuje mi około 25 minut, i trochę po godzinie 13-tej wyruszam dalej, w stronę Orlej. Tu będę oglądał kolejną cerkiew, też drewnianą, pw. Św. Archanioła Michała a wybudowaną w roku 1797 i przebudowaną w 1879r.

Po kilkunasto minutowym zwiedzaniu odpalam moto i jadę do miejscowości Szczyty Dzięciołowo, gdzie czeka na mnie cerkiew p.w. Ścięcia Głowy św. Jana Chrzciciela, wzniesiona w roku 1785, z fundacji podkomorzego królewskiego Jana Walentego Węgierskiego i jego żony Pelagii.

Niedaleko cerkwi jest (datowana na okres budowy cerkwi) kamienna figura św. Jana Nepomucena, dłuta Jana Chryzostoma Redlera, stojąca na zewnątrz muru cerkiewnego. W 1839 roku mieszkańcy zapobiegli wywozowi tej figury do Bielska, a wyniku rozgorzałej bójki figura trochę ucierpiała. Przed godziną 14-tą wyruszę na ostatni już etap, który zawiedzie mnie do miejscowości Saki. Parkuję moto na rozległym placu przed pochodzącą z końca XVIIIw cerkwią pw. Św. Dymitra.

Wędruję po terenie cerkiewnym, robię zdjęcia, oglądam stare nagrobki i krzyże znajdujące się na cmentarzu. Nieubłaganie jednak zbliża się pora powrotu do domu. Jest mniej więcej 14:30 kiedy wyruszam w stronę Józefowa. Jedzie się super, jest w miarę ciepło, słońce pokazuje się z za chmur, jednym słowem warunki do jazdy wręcz wymarzone. Wracam tą samą trasą, po drodze zatankuję i zjem hot doga, ruch niewielki a to sprzyja spokojnej jeździe. Pod koniec jazdy zaczyna się ściemniać i dają się zauważyć pierwsze pasma mgły, które jednak są na tyle niewielkie że nie ograniczają widoczności. Przed osiemnastą jestem w domu, pora zmyć muchy, które mimo jesiennej aury jeszcze dają znać o sobie i kolejna wyprawa przechodzi do historii. Dotarłem do ciekawych miejsc, szkoda że zwiedzanie ograniczyło się tylko do oglądania obiektów z zewnątrz, ale i tak było warto. Wszystkim polecam ten kierunek, tym bardziej że w niedalekiej okolicy pełno takich zabytkowych cerkwi, drewnianych dworków czy wiatraków. Tym razem na liczniku przybyło około 500km.
Pozdrawiam Piotr
Pozostałe zdjęcia jak zawsze w albumie: https://plus.google.com/photos/107085825599369738228/albums/5938259721123874881

27wrz/130

Zamek w Dębnie i starówka w Tarnowie

Zamek w Dębnie
I starówka w Tarnowie

Na ten tydzień (25 września 2013) szykowałem jakąś dalszą wyprawę, ale jednocześnie z obawami śledziłem prognozy pogody, bo zapowiedzi synoptyków nie były zachęcające. Miało raz że padać a dwa miało być dosyć zimno i wietrznie, a więc taka typowa jesienna pogoda. W końcu typuję wyjazd we środę, a jako kierunek obieram południe. Długo zastanawiam się w które miejsce pojechać, bo ciekawych lokalizacji jest sporo. Wybór pada na miejscowość Dębno – gdzie położony jest średniowieczny zamek a także, niejako przy okazji odwiedziny na tarnowskiej starówce – ponoć bardzo ładnej ( i nie były to przesadzone informacje).

Ok., kierunek obrany, budzik nastawiony… Środowy poranek wita mnie znośną pogodą, nie pada choć niebo jest zachmurzone a temperatura do oszałamiających raczej nie należy: termometr wskazuje niecałe 5 stopni. Ale, słowo się rzekło, pora wstawać i szykować się do drogi. Ubieram się stosownie do pogody, choć nie przesadnie ciepło i około 7:30 wyruszam w drogę. Kieruję się w stronę Kozienic, Zwolenia, Lipska, Ożarowa (lekkie spowolnienie po minięciu Ożarowa – drogowcy wymieniają tam nawierzchnię i przez kilkanaście kilometrów trzeba uważać na wyfrezowany asfalt a miejscami ruch odbywa się naprzemiennie) i nie docieram do Sandomierza – bo ominę go bokiem, kierując się w stronę Osieka i Połańca. Jedzie się całkiem dobrze, ruch nie największy, drogi są suche. Za mną kolejne miejscowości: Łubnice, Szczucin, Dąbrowa Tarnowska, a w końcu i Tarnów od którego to już tylko dwadzieścia parę kilometrów do celu podróży.

Nieco przed południem parkuję moto przed zamkiem, wykupuję w kasie bilet w cenie 10zł i uzbrojony w aparat udaję się na zwiedzanie wnętrz. Zwiedzanie odbywa się z przewodnikiem, a ponieważ grupa zwiedzająca to: ja więc generalnie tłoku nie ma! Zwiedzanie zamku trwa około godziny i muszę powiedzieć że wnętrza prezentują całkiem nieźle.

Budowa zamku została rozpoczęta przez Jakuba Dębińskiego herbu Odrowąż w latach 1470-1480, a w następnych latach właścicielami obiektu byli: rodzina Wesselinich z Węgier, Tarłowie, Lanckorońscy, Rogowscy, Rudniccy a ostatnimi aż do czasów II wojny światowej Jastrzębscy. Po 1945 roku zamek przechodzi na własność państwa. Oczywiście po drodze była jeszcze okupacja niemiecka a po samej wojnie rosyjska, a co za tym idzie w zamku stacjonowały odpowiednie wojska co na pewno nie przyczyniło się do zachowania go w dobrym stanie. Tym bardziej że po wojnie okoliczna ludność też sobie nie żałowała i rozgrabiła go do reszty. Ale na szczęście nie dotarli tu Szwedzi a działania wojenne też nie przyczyniły się do uszkodzenia samej budowli, która na szczęście przetrwała w nienaruszonym stanie te zawieruchy. Samo zwiedzanie rozpoczyna się od wystawy historycznej, na której są prezentowane rysunki i grafiki zamku i jego wystroju wewnętrznego sporządzone między innymi przez Matejkę czy Fałata, a które to były bardzo pomocne podczas późniejszej rekonstrukcji wnętrz. Możemy także obejrzeć makietę zamku, choć sama bryła zamku pozostała w zasadzie niezmieniona.

Kolejnym etapem jest sień zamkowa gdzie zgromadzono militaria a także odbywają się wystawy sezonowe – w chwili obecnej jest przedstawiona historia łowiectwa na tych terenach. Kolejnym etapem są piwnice , ale ponieważ właśnie ( związane jest to z porą roku i występowaniem wód gruntowych i wilgoci) rozpoczęło się ich osuszanie, więc kierujemy się do pomieszczeń kuchennych i spiżarni. Zgromadzono tam różne sprzęty gospodarskie pochodzące z dawnych epok, a pozwalające się zorientować jak drzewiej wyglądały prace kuchenne. Późnie kolejne pomieszczenia w których można obejrzeć przepiękne meble drewniane pochodzące z XIX wieku, których wykonanie zajęło zapewne kilka ładnych lat. Na ścianach wiszą obrazy z epoki, sporu tu także porcelany i różnych bibelotów.

W Sali koncertowej na uwagę zasługują XVII wieczne organy i amerykański fortepian firmy W.Knabe z 1876 roku. W kolejnych pomieszczeniach możemy podziwiać między innymi olbrzymią szafę z ukrytym zamkiem, która niegdyś służyła do przechowywania wartościowych rzeczy. Sporo tu także miśnieńskiej i chińskiej porcelany, olejnych portretów , zegarów. Ciekawy jest stół stanowiący połączenie bilardu i czegoś w rodzaju kręgli. W kilku salach znajdują się ciekawe wykusze, gobeliny i inne rarytasy o których to informację znajdziecie na stronach muzeum: http://www.muzeum.tarnow.pl/oddzialy.php?id=4 . Oczywiście jak każdy zamek, tak i ten ma swoją legendę, związaną z „Białą Damą” – a była nią dziewczyna z rody Tarłów, która została żywcem zamurowana w narożnej komnacie, jako kara za niepoślubienie szlachcica. Gdy po kilku dniach ścianę zburzono, kobiety już w komnacie nie było, gdyż miała zostać uwolniona przez biednego dworzanina w którym to była zakochana.

Zwiedzanie trwa około 1,5 godziny, a później pora wyruszyć na obchód okolic zamku. Sam zamek nie jest jakąś monumentalną warownią ale sprawia b. przyjemne wrażenie. Kończąc obchód, spotykam przemiłą parę, z którą rozmawiamy sobie na różne tematy, dowiaduję się trochę historii i legend jakie są związane z budową zamku czy kościoła znajdującego się tuż opodal, a który był budowany w tym samym czasie.

W końcu, pani zaprasza mnie na obchód terenów przy zamkowych, jednocześnie opowiadając mi między innymi legendę związaną z osobą kobiety św. Kingi która została pochwycona w turecką niewolę, i której to pamięci jest postawiony pochodzący z 1725 roku obelisk a podobno kiedyś w tym miejscu był zlokalizowany cmentarz na których chowano zmarłych podczas epidemii cholery. Ale w końcu pora się zbierać do dalszej podróży, bo przede mną jeszcze Tarnów i jego starówka. Żegnam się więc z przewodniczką i wyruszam w krótką podróż, bo do miasta nie więcej niż 25 km. Na starówkę trafiam bez większych problemów, parkuję moto nie opodal rynku i udaję się na zwiedzanie.

Zaczynam od rynku, na którym jest usytuowany budynek ratusza który został wybudowany w XV wieku, a później ulegał licznym przebudowom a obecny wygląd uzyskał w drugiej połowie XVI w. Dookoła rynku, jak i na całej starówce, swoje piękne frontony prezentują kamieniczki pochodzące z XVI – XVIII wieku. Większość ładnie odnowionych, pozwala nacieszyć się wyglądem, szczególnie te położone od strony północnej, w których są podcienie.

Z rynku wędruję wąskimi uliczkami ( Piekarską i Kapitulną) i docieram do miejsca w którym kiedyś mieściła się synagoga, a pozostałością po niej jest Bima, czyli podwyższenie z którego była odczytywana Tora. Miejsce to jest otoczone zwartą zabudową kamieniczek pochodzących z XVII-XVII w.

Kolejnym etapem mojej wędrówki jest ulica Wałowa, na której oglądam pomnik Romana Brandstaettera a później docieram do słynnej ławeczki poetów na której przysiadły odlane w brązie postacie poetów: Zbigniewa Herberta, Jana Brzechwy i Agnieszki Osieckiej. Kilka kroków dalej znajduje się skwer Władysława Łokietka. Po drodze mogę nacieszyć oczy widokiem przepięknej kamienicy dawnej Kasy Oszczędności .

Schodzę w dół schodkami i spoglądam na panoramę katedry od strony ul. Legionów. Dochodzę do placu Sobieskiego na której to możemy znaleźć kawiarnię zlokalizowaną w dawnym tramwaju, a później ul. Katedralną docieram do parkingu przed katedrą, gdzie czeka na mnie cierpliwie motocykl. Pora wracać do domu, dochodzi godzina siedemnasta, a dni coraz krótsze przecież. Wracam tą samą drogą, a jedynym wyjątkiem jest przejazd przez Sandomierz, który ominąłem zmierzając na południe. Po drodze tankowanie moto – wybieram stację gdzie cena będzie w miarę przystępna, przed Kozienicami robi się ciemno a w okolicach Karczewa muszę jechać objazdem, ze względu na wypadek do jakiego doszło na trasie. I tak w domu melduję się przed 21-ą, pełen wrażeń z ciekawego wypadu. Sama jazda nie nastręczyła jakiś problemów, a kierowcy samochodów zachowywali się tym razem całkiem poprawnie. Polecam miejsca do których dotarłem wszystkim turystom, choć na pewno na zwiedzanie Tarnowa trzeba poświęcić nieco więcej czasu niż ja go miałem. Może kiedyś, zawitam jeszcze do tego miasta, aby dotrzeć do jego pozostałych zabytków – kto wie. A sama jazda to niecałe 700 kilometrów, a więc w sam raz na taki wypad. Po powrocie sprawdzam temperaturę i na termometrze znowu pięć stopni, choć w dzień było zdecydowanie cieplej i oceniam że około 12÷15 stopni. Mam nadzieję że pogoda pozwoli jeszcze na jakieś dalsze wypady.
Pozdrawiam Piotr

Więcej zdjęć w galerii: https://plus.google.com/photos/107085825599369738228/albums/5928313910606235985

10wrz/130

Szymbark – ruiny zamku

SZYMBARK – ZAMEK KAPITUŁY POMEZAŃSKIEJ (09.2013)

Ponieważ pogoda zachęca do dalszych podróży, w kolejną sobotę zdecydowałem się na wypad do Szymbarka i zwiedzenie znajdujących się tam ruin zamku, pochodzącego z XIV w.

Ponieważ odległość nie jest przesadnie duża, nie zrywam się bladym świtem, a wyjadę nieco przed godziną dziewiątą. Pogoda, wręcz wymarzona: na bezchmurnym niebie świeci od rana słoneczko a temperatura z niecałych dziesięciu stopni o poranku, w ciągu dnia dotrze do 23 kreski. Od czasu do czasu, daje się odczuć niezbyt silny wiaterek i to wszystko sprawia że dla motocyklisty to naprawdę dobra pogoda. Nie ubieram się więc za ciepło i hajda w drogę.
Przebijam się przez stolicę, z południa na północ, przez Łomianki w stronę Płońska, w którym to odbiję na „10-tkę”, a dalej do Drobina po minięciu którego skręcę w prawo na Bieżuń i Żuromin. Przed tym ostatnim króciutki postój. Rozprostowanie nóg, coś na ząb i jadę dalej. Mijam Lidzbark, po minięciu którego, zaczynają się małe problemy: droga jest w przebudowie i w związku z tym co jakiś czas pojawiają się światła a ruch odbywa się naprzemiennie. Jak by było mało, to nawierzchnia w wielu miejscach jest przygotowana pod nowy asfalt i w związku z tym prędkość jazdy spada drastycznie. Takie utrudnienia trwają aż do Lubawy, w której wyskoczę na „15-tkę” aby po chwili skręcić w prawo w stronę Iławy. I od nowa trafiam na remont nawierzchni i przebudowę drogi, a taki stan rzeczy trwa również po minięciu tego ostatniego miasta. Uff, w końcu jedna docieram do celu podróży, o godzinę później niż było planowane. W miarę łatwo trafiam do ruin, bo są one widoczne z drogi dojazdowej, parkuję moto na dojeździe, uzbrajam się w aparat i zabieram do zwiedzania.

Najpierw zdjęcia od frontu, a później próbuję dostać się do środka. Niestety ale wrota są zamknięte, ale widzę że w środku coś się dzieje, czekam więc cierpliwie. Po pewnym czasie obiekt opuszcza kilka osób, a ja zostaję zaproszony do środka przez panią która za niewielką opłatą oprowadzi mnie po wnętrzu (obiekt znajduje się w prywatnych rękach).

Wędrujemy więc po terenie, oglądamy to co pozostało z tego pięknego niegdyś zamku, a przewodniczka opowiada historię obiektu. Budowa zamku rozpoczęła się w drugiej połowie XIV wieku, a jej inicjatorem był proboszcz kapituły pomezańskiej Henryk ze Skarlina. W czasie trzynastoletniej wojny pomiędzy Zakonem a Polską warownia kilkakrotnie przechodziła z rąk do rąk, aż w końcu spłonęła. Odbudowana, znalazła się w rękach zakonnych aby z czasem znaleźć się w rękach prywatnych właścicieli. Nie będę ich wszystkich wyliczał, bo było ich kilku. Pod koniec II wojny w zamku stacjonowały w zamku oddziały SS, a po przejściu frontu za siedzibę obrały go sobie wojska radzieckie. Po zakończeniu działań rozgrabiły co się dało a na koniec spaliły zamek. Po takim potraktowaniu budowli, niewiele z niej zostało, i choć od roku 1988 zamek przejęła fundacja „Widzieć Muzyką” to chyba jednak zamiary odbudowy przerosły jej możliwości i od 1997 roku zamek ma kolejnego prywatnego właściciela.
Do naszych czasów ostały się kamienno – ceglane mury, baszty, brama wejściowa, kamienny most, natomiast pozostałe zabudowania znajdują się w stanie szczątkowym. Zamek jest położony w okolicy jeziora, które znajduje się po jego zachodniej stronie i które, kiedyś zasilało fosę otaczającą zamek w wodę. Ponieważ była fosa to kiedyś do zamku prowadził most zwodzony, po którym niestety ale nie pozostało wiele śladów.

Zwiedzanie ruin zajmuje mi około 40 minut, no może godzinę a później pora wracać do domu. Pogoda nadal bez zmian, a ja kieruję się do Iławy, w której zatankuję paliwo (98 oktan kosztuje tyle co 95 w stolicy!) a dalej dojadę do „15-tki” ale ruszę w stronę Brodnicy, żeby ominąć roboty drogowe. Nie dojadę do niej jednak, bo wcześniej skręcę w lewo w Nowym Mieście Lubawskim i tak boczkiem, boczkiem trafię ponownie do Lidzbarka a dalej już tą samą drogą pojadę z powrotem w stronę domu. Ruch na bocznych drogach niewielki, pozwala spokojnie nawijać kolejne kilometry. Po drodze spotykam trochę motonitów, bo te okolice są często przez entuzjastów dwóch kółek odwiedzane. Motocykl parkuję przed domem w okolicach godziny 18-tej, i teraz pozostaje już mi tylko pozmywać muchy z owiewek i kasku. Wypad ze wszech miar udany, ruiny zamku całkiem ciekawe a droga przebiegła wyjątkowo spokojnie, co nie często się zdarza.
A poniżej strażnik zamku:

I tak kolejna podróż przechodzi do historii a ja czekam na następne – ciekawe czy pogoda będzie dalej dopisywać, czy raczej czeka nas deszczowa jesień. Ano, pożyjemy i zobaczymy.
Pozdrawiam
Piotr
Ps. Pozostałe zdjęcia znajdziecie w albumie: https://plus.google.com/photos/107085825599369738228/albums/5921660457948900113

3wrz/130

Nie ma to jak w Pacanowie

Pacanów 08.2013
„Wszystkie mądre polskie kozy,
By je zliczyć, nie mam siły!
Na naradę się zebrały
I rzecz taką uchwaliły:

W sławnym mieście Pacanowie
Tacy sprytni są kowale,
Że umieją podkuć kozy,
By chodziły w pełnej chwale.

Przeto koza albo kozioł,
Jakaś bardzo mądra głowa,
Aby podkuć się na próbę,
Musi pójść do Pacanowa.

A gdy wróci ten wędrowiec,
Już podkuty, ale zdrowy,
Wszystkie kozy się dowiedzą,
Czy to dobrze mieć podkowy."
Tak zaczynają się przygody Koziołka Matołka których autorem jest Kornel Makuszyński.

Tym śladem ruszyłem i podążyłem do słynnego Pacanowa, jednak w odróżnieniu w odróżnieniu od bohatera tego wiersza, trafiłem tam bez problemów. Wybierając się tam liczyłem na spotkanie nie tylko z Matołkiem ale także z innymi kozami i czy spotkałem…

W ostatnią sierpniową sobotę wyjeżdżam z domu trochę przed godziną dziewiątą i kieruję się na południe, bo według synoptyków w tych regionach kraju, miało do wieczora raczej nie padać. Jak zwykle nieco się mylili, ale o tym potem. Tak więc wyruszam, pogoda nie jest wcale zła. Rano termometr wskazuje około 15 kresek i ma tendencję pięcia się do góry. Słoneczko prześwieca przez chmury, a więc idealne wręcz warunki na motocyklową wycieczkę. Nie ubieram się zbyt ciepło, a do kufra przezornie pakuję ubranie przeciw deszczowe. A więc jadę, drogą którą często przemierzam: Kozienice, Zwoleń, Lipsko, Ożarów, Opatów, Iwaniska, Staszów, aby w końcu po około 250 km dotrzeć do Pacanowa. Jedzie się super, po drodze tankowanie w Ożarowie, a na miejsce przybywam około południa.

Parkuję na Pacanowskim rynku, po którym wędruję i uwieczniam ten spacer na zdjęciach. A później zasięgam języka i kieruję się do Europejskiego Centrum Bajki, które jest położone przy ul. Kornela Makuszyńskiego 1. Oglądam teren muzeum z zewnątrz, składam wizytę w środku, (rezygnując ze zwiedzania), i oczywiście zaprzyjaźniam się ze stadkiem kóz które tam się znajdują. Wszystko dokumentuję na zdjęciach, co by było dla potomności i dla czytających te wypociny.

I tak, spędzam w ECB około 40 minut, po czym udaję się ponownie na rynek, gdzie robię małe zakupy, a później pora na powrót w pielesze domowe. Pojadę przez Połaniec, Koprzywnicę i Sandomierz ( gdzie pojadę przez chwilę w stronę Tarnobrzegu, aby zaraz zawrócić i wjeżdżając na most od tamtej strony podziwiać widok na starówkę sandomierską) – czyli zrobię małą pętlę, przed Ożarowem zrobię krótki postój, aby skonsumować zrobione wcześniej zakupy.

W Ożarowie ponownie zatankuję paliwo a po wyjeździe ze stacji zacznie padać deszcz, a więc pora ubrać, przezornie zabrane, ubranie przeciw deszczowe. Deszcz na szczęście nie pada zbyt długo, ale jezdnie są mokre i sporo na nich kałuż. Jadę po mokrym przez kilkanaście kilometrów, a potem jezdnia wysycha i już do Józefowa jadę po suchym. I tak docieram do domu parę minut po 17-tej, zadowolony z odbytej jazdy, może niezbyt dalekiej ( w sumie ok. 520 km), ale ciekawej po niezłych drogach woj. świętokrzyskiego.
Pozdrawiam
Piotr

24lip/130

Lubelska starówka – lipiec 2013

Lipiec zaowocował krótkim wypadem do Lublina, którego celem była wizyta w firmie "Tarbor", a przy okazji również zwiedzanie na tamtejszej starówki. Tym razem nie będzie jakiegoś dłuższego opisu, bo w końcu do Lublina daleko nie jest, a ograniczę się tylko do prezentacji zdjęć z tego wyjazdu.

Pozdrawiam wszystkich goszczących na tych stronach i zapraszam do dalszych wizyt.
Piotr

1cze/130

Mazurskie winkielki (maj 2013)

Mazurskie winkielki (maj 2013)
Pogoda w tym tygodniu nie rozpieszczała nas zbytnio, zarówno poprzedni weekend jak i późniejsze dni były zimne i mokre, co zdecydowanie nie sprzyjało w podejmowaniu jakichkolwiek jazd na moto. Ale w środę, w końcu przestało padać, a na niebie pojawiło się, zakryte wcześniej szczelnymi chmurami, słońce. Co prawda od rana wiał wiatr, ale nie był on tak silny żeby mocno utrudnić jazdę, choć momentami nieco przeszkadzał.

Ale zacznijmy od początku, wstaję rano (parenaście minut po szóstej) – wyglądam przez okno, krótka ocena sytuacji: jest dosyć ciepło, nie pada i świeci słońce (choć - jezdnia jeszcze mokra po wczorajszym deszczu), a więc póki co prognozy synoptyków się sprawdzają. Nie ma co się zastanawiać, tylko trzeba pakować manatki i w drogę. Szybkie śniadanie, karmienie piesków, wystawiam moto z garażu i… przeżywam chwile rozterki bo nie mogę się zdecydować gdzie jechać: na Podlasie czy Mazury. Ponieważ początek drogi jest taki sam dla obu celów podróży, więc póki co rozpocznę podróż a decyzję co do ostatecznego celu podejmę już w trakcje jazdy! Wyruszam parę minut po ósmej i kieruję się w stronę trasy lubelskiej, na której odwiedzę stację benzynową, gdzie są niskie ceny paliwa i lżejszy o osiemdziesiąt złotych, ale cięższy o kilkanaście litrów paliwa, pomknę do Kołbieli a dalej 50-ką do Stanisławowa w którym albo pojadę prosto - Mazury, albo skręcę w prawo – Podlasie. Ok. decyzja zapada – jadę prosto na Mazury. Jedzie się super bo nie jest zbytnio za gorąco a temperatura gdzieś w okolicach 18-tu stopni i w ciągu dnia wzrośnie jeszcze do około 20° no może 22°. Ruch jest całkiem spory a to wiąże się z częstymi manewrami wyprzedzania - niestety. I tak mijam kolejne miasta: Łochów, Brok i Ostrów Maz. w której to obiorę kierunek na Ostrołękę a więc pojadę drogą nr 627 a później nr 53, która to prowadzi w stronę Kadzidła, Myszyńca, Rozog, Spychowa i Starych Kiełbonek. W tych ostatnich zatankuję i odbiję w prawo na drogę nr 58 prowadzącą do Pisza. Ale póki co dojeżdżam do Zgonu, w którym krótki postój, rozprostuję nieco nogi i zrobię parę fotek.

A później pojadę dalej, ale nie za daleko bo po chwili skręcam w lewo na lokalną drogę prowadzącą do Ukty. Wcześniej zatrzymam się w Wojnowie, którą to miejscowość odwiedziłem już w zeszłym roku, ale nie zwiedziłem wszystkich znajdujących się tam obiektów. Tak więc, dzisiaj jest odpowiedni moment aby dokończyć zwiedzanie i obejrzeć znajdującą się tam drewnianą cerkiew prawosławną (wybudowaną w latach 1921-1923), znajdującą się na końcu wsi po prawej stronie (trzeba dojechać do niej kilkaset metrów). Parkuję więc moto tuż przy drodze, uzbrajam się w aparat, wchodzę na teren i robię zdjęcia.

Na drzwiach cerkwi (pw. Zaśnięcia Matki Bożej) znajduje się informacja o godzinach otwarcia dla zwiedzających (godziny zwiedzania: poniedziałek-sobota - 9:00-14:00, 15:00-17:00; niedziela – 15:00-17:00 ; wstęp: 2 zł) a ponieważ póki co jest zamknięta, udaję się do mieszczącego się tuż obok klasztoru i proszę siostrę zakonną o udostępnienie wnętrza. Niestety ale w środku nie pozwalają robić zdjęć, wobec czego pozostaje tylko jego dokładne obejrzenie. Wnętrze pozbawione jest polichromii, ściany pomalowane na biało a całości dopełnia skromny ikonostas. Na zwiedzenie całości potrzeba około 30 – 40 minut i można już kontynuować przerwaną podróż.

A droga poprowadzi mnie do Mikołajek (gdzie zrobię kilka fotek widoku tego miasta), Rynu, a w końcu Giżycka. Jedzie się naprawdę dobrze, tym bardziej że na wielu odcinkach jest dobry asfalt, a to pozwala cieszyć się z jazdy drogami prowadzącymi przez lasy, z licznymi zakrętami i wieloma jeziorami pojawiającymi się po obu stronach drogi. Do Giżycka docieram nieci przed godziną czternastą i trafiam na chwilę kiedy to znajdujący się tam obrotowy most, jest zamykany dla ruchu kołowego a otwierany dla wodnego.

Ponieważ szlaban opuszczono w momencie kiedy zbliżałem się do kanału Łuczańskiego, mam możliwość obejrzeć całą procedurę obracania mostu. A jest na co popatrzeć, bo dokonuje tego jeden człowiek, który ręcznie obraca most ważący, bagatela: ponad 100 ton! Sam most powstał w roku 1889 a cała operacja zajmuje operatorowi kilka minut.

A ja póki co zawracam moto i udam się do twierdzy Boyen (zbudowanej w latach 1844 – 1857) którą uwiecznię na zdjęciach. Ponieważ odwiedzałem już ten obiekt wcześniej i byłem nieco rozczarowany ekspozycją muzealną, tym razem nie wybiorę się do wnętrza twierdzy.

Ograniczam więc swoją wizytę do pobytu na dziedzińcu i kieruję się ponownie do centrum, a później do portu.

W porcie pora na rozprostowanie nóg, wędrówkę po nadbrzeżu i oczywiście w ruch idzie aparat. I tak czas płynie leniwie, można by tu było posiedzieć i dłużej, ale ponieważ kiszki zaczynają grać marsza, skieruję się na ulicę Olsztyńską, gdzie naprzeciwko wspomnianego już wcześniej mostu mieści się restauracja „Papryka”. Zasiadam w ogródku, z którego rozpościera się doskonały widok na kanał wodny, i zaspokajam głód. Ceny znośne a zaordynowane jedzenie smaczne – można polecić. I tak po chwili odpoczynku, przed godziną 16-tą, zbiorę się do drogi powrotnej. Tym razem wrócę nieco inną drogą, bo przez Orzysz, Pisz ( od którego obserwuję jak w przeciwną stronę ciągnie już sznur samochodów – w końcu zaczął się przecież długi weekend), Kolno i Łomżę a w końcu dotrę do mijanej już rano Ostrowi Mazowieckiej w której zamknę pętlę. A dalej pojadę 50-ką do Broku, Łochowa – po minięciu którego, a nie dojeżdżając do Stanisławowa, jakiś głupek jadący z przeciwka, nie zważając na moją obecność na drodze, rozpoczyna manewr wyprzedzania. Nie pomaga włączenie świateł długich ani użycie klaksonu, wyprzedza do końca a mnie zostaje tylko awaryjne hamowanie i przytulenie się do prawej krawędzi jezdni. Chyba zacznę wozić ze sobą jakiegoś „bejsbola” i po krótkim pościgu powybijam takiemu gościowi wszystkie szyby w aucie - wrr. Po tym przypływie adrenaliny, pora kontynuować podróż, docieram do Kołbieli w której skręcę na drogę lubelską skąd już „rzut beretem” do domu. Ale, ale, nie tak szybko a przede wszystkim bezpiecznie. Podczas wyprzedzania jakiegoś Citroena, kiedy znajduję się mniej więcej na wysokości drzwi kierowcy, ten ostatni wpada na niewątpliwie świetny pomysł – wyprzedzenia znajdującego się przed nim pojazdu. Daje w lewo, mnie natomiast resztki włosów jeżą się na głowie, staram się szybkim manewrem odbić nieco w lewo a jednocześnie mocno przyśpieszam. Prawe lusterko muska przedni błotnik samochodu i w tym momencie kierowca w końcu się reflektuje i daje sobie spokój z wyprzedzaniem. Uff, było gorąco, oj gorąco, odwracam się do tyłu i ręką pokazuję co myślę o takim zachowaniu na drodze. Po tych „uprzejmościach” odkręcam gaz i jak najszybciej opuszczam to nieciekawe towarzystwo, by gdzieś w okolicach godziny 20-tej zameldować się w domu.
Nie powiem, była to na pewno ciekawa, pod wieloma względami podróż, bo nie dość że pośmigałem po Mazurach i zwiedziłem ciekawe miejsca, to jeszcze nie brakowało odrobiny dreszczyku, podczas tych nieco ponad 600 kilometrach jazdy. Polecam tą trasę wszystkim, bo naprawdę warto, choć nie wszędzie asfalt jest równy i płaski. Szczególnie jadąc bocznymi drogami trzeba uważać. I tak w Zgonie droga bardzo mocna wyboista a podczas mojej tam bytności trwało łatanie dziur, droga prowadząca do Wojnowa w delikatnie mówiąc: nie najlepszym stanie, odcinek pomiędzy Piszem a Łomżą: w większości dobry asfalt, ale jest też kilkunastu kilometrowy odcinek gdzie prędkość jest ograniczona do 40 km/h ze względu na to co stało się z jezdnią – w wielu miejscach brak asfaltu i okropne dziury skutecznie zniechęcą do szybszej jazdy (choć widać prace przygotowawcze do remontu tego odcinka). Jest też trochę odcinków na których natykamy się na koleiny, przeszkadzające nieco w płynnej jeździe. I tak kolejna wyprawa przechodzi do historii, a ja oczekują już na kolejną.
Pozdrawiam Piotr

Ps. Jak zwykle pozostałe zdjęcia znajdziecie w albumie: https://plus.google.com/photos/107085825599369738228/albums/5884467260353404225


9maj/130

Atrakcje Roztocza – Zwierzyniec

Atrakcje Roztocza – Zwierzyniec

Nareszcie pogoda sprzyja motocyklistom na całego, ba można by nawet użyć stwierdzenia że jest nieco za ciepło, ale lepsze to niż zimno i deszcz, oczywiście jeśli słupek rtęci nie osiąga ekstremalnych wartości! W związku z powyższym, postanowiłem zawitać do leżącego nad rzeką Wieprz miasteczka, uchodzącego za stolicę Roztocza Środkowego i pokręcić się nieco po uliczkach tego turystyczno – wypoczynkowego ośrodka.
Pielesze domowe opuszczam kilkanaście minut przed godziną dziewiątą przy słonecznej pogodzie i praktycznie bezchmurnym niebie. Temperatura cały czas idzie do góry i w momencie wyjazdu nieco przekracza punkt oznaczony cyfrą 20 na termometrze, aby w ciągu dnia wzrosnąć do 27 – 28 stopni. Jadę drogą „lubelską”, ruch jest nie specjalny, i na liczniku sprawnie przybywają kolejne kilometry. Nawierzchnia na tym odcinku drogi jest dobra, aby nieco popsuć się przed Lublinem, ale tam już trwają prace przy budowie nowej drogi. Te prace nieco utrudniają jazdę, bo w kilku miejscach są objazdy lub ruch odbywa się na przemiennie. Jakoś daję radę i sprawnie przeciskam się do przodu, przejeżdżam przez lublin (uff!) i wypadam na drogę # 835 prowadzącą do Biłgoraja. Tu żarty się kończą, bo o ile pod Lublinem nawierzchnia jest całkiem, całkiem, to im dalej tym koleiny stają się głębsze a także, zrazu nieśmiało a później już na całego, pojawiają się liczne ubytki asfaltu. Początkowo daje się je omijać, ale momentami jest ich tak dużo, że takiej możliwości w zasadzie nie ma, co znacznie spowalnia jazdę. Zresztą pojawiają się znaki ograniczające prędkość do 60 km/h właśnie ze względu na stan drogi. Kilka kilometrów za Wysokim odbijam w lewo na drogę # 848, prowadzącą do Szczebrzeszyna a w końcu do celu podróży. Ta droga też jest w nie najlepszym stanie, nawierzchnia jest nierówna i także dziurawa, ale w sumie pośpiechu nie ma, tylko nadgarstki i barki dostają w kość od tego trzęsienia.

W Szczebrzeszynie warto choć na chwilę złożyć uszanowanie pomnikowi chrząszcza, a po chwili już parkuję moto w Zwierzyńcu do którego docieram mniej więcej około godziny 12:30.


Pierwszy postój zaplanowałem w okolicach dawnego pałacu Plenipotenta, gdzie obecnie mieści się dyrekcja RPN (Roztoczańskiego Parku Narodowego). Uzbrojony w aparat uwieczniam na zdjęciach ten zabytek wzniesiony w latach 1889-90, poczym podobnie postępuję ze stojącymi opodal zabudowaniami browaru, powstałego w latach 1802 – 1806, za czasów XII-go ordynata Stanisława Kostki Zamoyskiego.

Kolejny krótki etap prowadzi mnie w okolice dawnego zespołu budynków Zarządu Ordynacji Zamojskiej – pochodzących z XIX wieku a składających się z budynku głównego, bocznych i oficyn. W chwili obecnej mieści się tam szkoła.

Po drugiej stronie ulicy, tuż nad stawem znajduje się kościół pw. Św. Jana Nepomucena, wzniesiony w latach 1741 – 1747, ze względu na swe położenie zwany też kościołem na wyspie, bo prowadzi do niego mostek. W środku, naszą uwagę zwrócą XVII wieczne polichromie Łukasza Smuglewicza. Oczywiście w trakcie mojej wizyty wnętrze dostępne jedynie z za metalowej kraty.

Po obejrzeniu tych kilku zabytków, robię mały objazd miejscowości i docieram na drugi brzeg stawu, aby z tej perspektywy uwiecznić opisany wcześniej kościół. Turystów w zasadzie nie ma, a więc panuje cisza i spokój, choć jak myślę nie cieszy to sprzedawców pamiątek.

Zwiedzanie zajmuje mi około 1,5 godziny, a ponieważ kiszki zaczęły już grać mi marsza, pora udać się do jednego z barów na małe co nieco. Jedzenie może nie najlepsze na świecie, ale też i nie najgorsze, daje się bezpiecznie skonsumować i po krótkim odpoczynku po około dwu godzinnym pobycie, pora opuścić gościnny Zwierzyniec. Tym razem nie będę jechał przez Lublin, a skieruję się w stronę: Szczebrzeszyna, Bychawy i Bełżyc, aby w końcu przejechać przez malowniczo położony Nałęczów i bocznymi drogami dotrzeć do trasy „lubelskiej”. Ponieważ jest już po 16-tej, powoli robi się nieco tłoczniej na drogach, ale jakiejś tragedii nie ma. Kilometry umykają więc szybko i sprawnie. Jak zwykle, nieco spowalnia jazdę olbrzymi korek przed rondem w Kołbieli, w której to zatankuję rumaka, aby gdzieś w okolicach 17:30 zameldować się w domu po przejechaniu mniej więcej 500 km..
Myślę że wycieczka była całkiem udana, choć niewątpliwą przyjemność z jazdy, zepsuł stan dróg którymi to przyszło mi podróżować. Polecam wszystkim wizytę w tym niewielkim mieście, tym bardziej że jeżeli ktoś może zaplanować sobie dłuższy pobyt, to na Roztoczu ciekawych miejsc nie brakuje.
Pozdrawiam czytających
Piotr
PS. Jak zwykle pozostałe zdjęcia znajdziecie w albumie: https://plus.google.com/photos/107085825599369738228/albums/5875982303943158321

30kwi/130

Liw, Koterka, Grabarka – Kwiecień 2013

Liw, Koterka i Grabarka – kwiecień 2013.
Sobotni wypad na wschodnie rubieże Polski, był pierwszym dłuższym tegorocznym wyjazdem. Wcześniejsza pogoda, a raczej jej brak, nie sprzyjała takim podróżom ale w końcu zaświeciło słoneczko i można było jechać. Ponieważ już od dawna planuję wypad na Podlasie, ten dzisiejszy potraktowałem jako przetarcie i powrót do miejsc już znanych, ale takich do których zawsze chętnie powracam.

Wyjedziemy około godziny dziewiątej w sobotę, przy niezłej pogodzie z temperaturą nieco powyżej dwudziestu stopni, a więc póki co mamy wymarzone warunki do jazdy. Nie ubieram się więc zbyt ciepło, podpinki poszły w kąt, nareszcie można ubrać się swobodnie. Jedziemy w stronę Kołbieli w której skierujemy się na drogę #50 i pojedziemy do Stanisławowa. Pojedziemy ale nie dojedziemy, bo tuż za obwodnicą Mińska tworzy się korek, i wygląda że doszło tam do jakiegoś wypadku. Nie przeciskamy się więc pomiędzy samochodami, zawracamy moto i już po chwili jedziemy autostradą A2 w stronę Kałuszyna. Super nawierzchnia i niewielki ruch pozwala szybko dotrzeć do tego miasta a kilka kilometrów za nim odbijemy w lewo w stronę Liwia, który będzie pierwszym celem w naszej podróży.

Na miejscu parkujemy motocykl przed zamkiem – zbrojownią i oglądamy go z zewnątrz, gdyż nie przewidywaliśmy odwiedzin jego wnętrz. Spędzamy tam około 30 – 40 minut i podejmujemy przerwaną podróż, kierując się do Węgrowa, Sokołowa, Drohiczyna, Siemiatycz a w końcu docieramy do Koterki, drugiego celu naszej podróży, znajdującej się tuż przy granicy z Białorusią, niebieskiej cerkwi pod wezwaniem Ikony Matki Boskiej, Radości Wszystkich Strapionych.

Kilka słów o historii tego obiektu, która zaczyna się w 1852 roku, kiedy jednej z mieszkanek wsi Tokary o imieniu Eufrozyna, zbierającej szczaw na uroczysku Koterka, ukazała się kobieta ganiąc zachowanie ludzi, którzy to pracują w dniu świętym i która nakazała aby okoliczni mieszkańcy razem z proboszczem ustawili w tym miejscu krzyż i modlili się o przebaczenie. Mieszkanka Tokar nie miał wątpliwości że tą kobietą była Matka Boska, i na to miejsce zaczęły przybywać liczne pielgrzymki oraz zasłynęło ono też z uzdrowień. Po pewnym czasie władze cerkiewne postanowiły zbadać sprawę objawienia i nakazały przenieść postawiony tam krzyż. Po jego wykopaniu w miejscu tym trysnęło źródełko, a woda z niego miała właściwości lecznicze i uzdrawiające ( teraz jest tam studnia z której można zaczerpnąć wody – co też uczyniliśmy). W 1912 roku na uroczysku została wybudowana cerkiew, która jest celem podróży.

Dla mnie jest to już piąta czy szósta wizyta w tym urokliwym miejscu, jednak nigdy nie udało mi się obejrzeć wnętrza budowli, bo cerkiew jest otwarta tylko kilka razy w ciągu roku ( podczas ostatniej wizyty, choć była otwarta, to trwały tam prace restauracyjne i z poza licznych rusztowań nic nie było można zobaczyć). Dojeżdżając do bramy widzę że na parkingu stoi kilka samochodów a drzwi wejściowe są otwarte a więc jest nadzieja na zobaczenie wnętrza! Szybko parkuję więc moto, uzbrajam się w aparat i tak przygotowani zmierzamy do wejścia.

Nieliczne osoby właśnie opuszczają cerkiew w której zostaje duchowny i pani opiekująca się tym miejscem. Mamy więc chwilę czasu na podziwianie fantastycznego wnętrza i dokumentowanie tego na zdjęciach. Podczas gdy moja towarzyszka rozmawia z panią ja wędruję po obiekcie , pstrykam fotki i jednocześnie słucham opowiadania o tym miejscu ( przy okazji zbieram ochrzan za to że robię zdjęcia, choć wywieszka na drzwiach informuje że niewolno robić zdjęć tylko podczas mszy – ale jakoś udaje się udobruchać duchownego).

I tak mija chyba ze czterdzieści minut, a ponieważ widzimy że obecni tam zbierają się do wyjścia i zamknięcia cerkwi, dziękujemy za rozmowę i udajemy się na zewnątrz, aby obejrzeć obiekt z innej perspektywy. Żegnając się z duchownym, opowiada nam o tym jak to bobry poniszczyły okoliczne drzewa i że nic z tym problemem nie można zrobić bo są one pod ochroną. Wędrujemy więc po przyległym, nieco podmokłym trawniku a później na zewnątrz ogrodzenia przyglądamy się działalności bobrów, na które to uskarżał się w rozmowie duchowny, a które to zwierzęta powaliły kilka okolicznych drzew, rosnących nad wodą.

Pora jednak wracać powoli do domu, ale po drodze zajrzymy jeszcze do Grabarki, na świętą górę i zwiedzimy znajdującą się tam cerkiew. Odległość nie jest duża i po kilkunastu minutach przybywamy na miejsce, zostawiamy moto na parkingu i wdrapujemy się na górę podziwiając las krzyży otaczających cerkiew.

Sama cerkiew w dniu dzisiejszym jest zamknięta i można tam zajrzeć jedynie przez kratę, co też czynimy. Wędrujemy po terenie klasztoru, oglądamy krzyże, zaglądamy do małego sklepiku i powoli kończymy wizytę w tym miejscu.

Pogoda póki co sprzyja, jest nadal ciepło a poprzez chmury od czasu do czasu przedziera się słońce. Wracamy tą samą drogą, ruch nadal jest niewielki a to pozwala na spokojną jazdę. W Węgrowie zatrzymujemy się na stacji i w międzyczasie zaczyna kropić deszcz, który będzie nam towarzyszył podczas dalszej jazdy powrotnej. Za Węgrowem trafiamy na objazd, spowodowany przebudową tego odcinka drogi, jedziemy więc kilkanaście kilometrów drogami lokalnymi, a deszcz to nasila się to słabnie, ale padać nie przestaje. Ponownie docieramy do Kałuszyna, po minięciu którego wypadniemy na autostradę, którą dotrzemy do Mińska a w końcu około 17-tej do domu.
Wyjazd ze wszech miar udany, a padający deszcz nie stanowił, na szczęście zbytniej przeszkody, choć nieco nas zmoczył i po powrocie trzeba było rozwiesić nasze ubrania wierzchnie do suszenia. Tuż przy samej granicy, w Koterce w przydrożnym rowie leżały jeszcze resztki śniegu, który potrafił się utrzymać tak długo pomimo wysokiej przecież temperatury, jaka ostatnio panowała w kraju. Sama wizyta w Koterce jest przynajmniej dla mnie miłym i oczekiwanym wydarzeniem, a to ze względu na magię tego miejsca. Panuje tam cisza, przerywana jedynie śpiewem ptaków i rechotaniem żab, a zwykle nie ma tam nikogo, co pozwala swobodnie napawać się tymi doznaniami. Polecam odwiedziny w tym miejscu, a w okolicy jest jeszcze przynajmniej kilka innych i nie mniej ciekawych miejsc, do których też warto dotrzeć.
Piotr

Więcej zdjęć znajdziecie w albumie: https://plus.google.com/photos/107085825599369738228/albums/5872647212490011953

14kwi/130

Kazimierz Dolny – 13-04-2013

Kazimierz Dolny kwiecień 2013
Ależ długo w tym roku przyszło nam czekać na możliwość jakiś dłuższych wypadów na motocyklu. Mało łaskawa aura, dała się wszystkim we znaki, ale w końcu pogoda się przełamała i zawitała do nas wiosna. Na razie trochę jakby nieśmiało, ale jest i miejmy nadzieję że pozostanie, racząc nas dobrą pogodą i znośną temperaturą.
W sobotę, nomen omen trzynastego, korzystając z wiosennej aury postanowiłem wyruszyć, może jeszcze niezbyt daleko, ale na rozruch zaplanowałem jakieś 300 kilometrów i wizytę w urokliwym Kazimierzu. Poranek jest całkiem miły, świeci słoneczko a temperatura szybko idzie do góry i przekracza 10 stopni. Po wieczornych deszczach jezdnie są jeszcze bardzo mokre, ale powoli zaczynają schnąć i po godzinie 10-tej można wyruszać w trasę. Nie ubieram się zbyt ciepło, choć pozostawiam na wszelki wypadek podpinkę, na jej odpięcie przyjdzie jeszcze czas. Ponieważ droga biegnąca nad Wisłą do Dęblina jest bardzo nierówna, decyduję się jechać szosą lubelską, gdzie jakość asfaltu jest odpowiednia. Jedzie się bardzo przyjemnie, ruch jest nie specjalnie duży a motocykli jak na lekarstwo, choć kilka sztuk jadących w stronę stolicy, pewno na otwarcie sezonu, udało mi się zaobserwować. Ale im dalej tym motorków mniej, a w zasadzie można by rzec że w ogóle.

Na rondzie w Żyrzynie odbijam w prawo i kieruję się na Puławy w których z kolei, skręcę w lewo na drogę nr 824 która zaprowadzi mnie do celu podróży. Na miejsce docieram nieco po południu, kieruję się na rynek, robię małą rundę i pora znaleźć miejsce do zaparkowanie motocykla a jednocześnie nie narazić się na mandat za złe parkowanie.

Miejsce znajduję, na inne motocykle nie natrafiam (jakaś posucha w dniu dzisiejszym), pora nieco rozprostować nogi i pospacerować po mieście. Rozpoczynam od małych zakupów, pora zaspokoić głód, i zaopatrzyć się w kulebiaki i cebularze – pychotka. Tak zaopatrzony kieruję swoje kroki na rynek, kupując jeszcze tylko popitkę, zasiadam na poduszkach rozłożonych przed jedną z licznych tu kawiarenek i oddaję się konsumpcji połączonej z odganianiem się od rzesz cyganek….


I tak powoli i leniwie mija czas, ale pora się zwlec i trochę pospacerować, oraz uwiecznić na fotkach moją wizytę w tym miejscu. Idę więc do góry w stronę kościoła Farnego, spod którego otwiera się panorama na kazimierski rynek. Oczywiście nie sposób tego nie wykorzystać i nie zrobić kilku fotek.

Przez chwilę zastanawiam się czy nie podjąć wędrówki na wzgórze zamkowe, ale jakoś nie mam ochoty na wspinaczkę, choć obiecuję że następnym razem wdrapię się tam i uwiecznię to na zdjęciach.

Udaję się więc w przeciwną stronę, trawersuję rynek, odwiedzam kazimierski bazarek, i wędruję w stronę kolejnego kościoła (Zwiastowania – czego jak czego ale kościołów w tym kraju nie brakuje), spod którego roztacza się też widok na rynek, tylko że z nieco innej perspektywy.

Niestety ale akumulatorki w aparacie odmawiają dalszej współpracy, jednak przezorny zawsze ubezpieczony – w bagażniku mam przecież inny zestaw. Wędruję więc w stronę motocykla, zakładam kolejne akumulatorki (zresztą nowe), i widzę… ciemność, ciemność widzę. No cóż, bywa i tak, wypadało by kupić baterie paluszki, ale ponieważ właśnie zaczyna grzmieć, a od południowego zachodu nadciąga olbrzymia i na dodatek ciemna chmura, postanawiam się ewakuować i podjąć drogę powrotną w stronę domu.

Jak postanawiam, tak też robię, pakuję więc manatki, ubieram kask i opuszczam gościnny Kazimierz kierując się w stronę Puław. Po drodze dopada mnie niewielki wiosenny deszczyk, a ja z niepokojem, obserwuję w lusterkach nadciągającą chmurę. Deszczyk nie pada długo i nie jest na szczęście zbyt intensywny. W Puławach obieram drogę na Kozienice i po drodze moczy mnie kolejny deszcz. Po tej stronie Wisły asfalt jest całkiem znośny, a na sporym odcinku położono całkiem nowy w zeszłym roku. Jedzie się więc całkiem znośnie, ruch nadal niewielki a to pozwala spokojnie nawijać kolejne kilometry. Mijam Kozienice, zatrzymuję się na chwilę Magnuszewie gdzie na stacji jest tanie paliwo, skorzystam więc z tego i zatankuję do pełna. Żeby mi się nie nudziło, a także w dbaniu o poziom adrenaliny, gdzieś w okolicach Bożówki, pani kierująca VW Touaregiem podczas wyprzedzania elegancko zajeżdża mi drogę i pomimo trąbienia i włączenia świateł długich nie raczy mnie przepuścić. Zjeżdża dopiero po tym jak sama wyprzedza poprzedzający ją samochód. No cóż, może uważa że jak się ma takie auto to wszystko wolno a może ktoś na wyrost dał jej prawo jazdy… niestety. Minę Górę Kalwarię w której odbijam w prawo na most . Umieszczony tam termometr wskazuje 18 stopni, ale wydaje mi się że są to wskazania nieco przesadzone ( jak sprawdzę później w domu, co prawda podczas deszczu, termometr pokazywał 10 stopni). Do domu już rzut beretem, a jakieś 4 no może 5 kilometrów przed celem dopada mnie burza. Na jezdni błyskawicznie tworzą się kałuże a ja niestety ale trochę zmoknę. No cóż, w końcu zapowiadano na sobotę pierwsze w tym roku wiosenne burze, i tym razem prognoza sprawdziła się w 100%. Do domu docieram gdzieś w okolicach godziny 14-tej, witam się z psiakami, które trzeba nakarmić. Czekam aż przestanie padać i zabieram się za mycie motocykla, który jest nieźle zapiaszczony.
Pierwszy tegoroczny wypad przechodzi do historii. Może nie był za długi ale przyniósł sporo radości z jazdy. Po zimie, na bocznych drogach, szczególnie tam gdzie jest stary i połatany asfalt, znajduje się sporo dziur. Na jezdniach leży sporo piasku, którego nie zdążył jeszcze zmyć deszcz, a który jest podrywany szczególnie przez ciężarówki i sypie nieźle po jadących za nimi pojazdach. Trzeba więc było starać się szybko je wyprzedzać, bo inaczej na motocykl i kierującego nim sypała się masa ziarenek.
W oczekiwaniu na kolejne wypady, pozdrawiam czytających
Piotr

Zakres tematyczny: Wyprawy - 2013 Brak komentarzy